fbpx

[PODCAST #003] Czy self-publishing jest dla Ciebie? Rozmowa z Kasią Szulik

Jak zaplanować proces wydawniczy? Czy self-publishing się opłaca? Moim gościem w tym odcinku podcastu Zapanuj nad słowami była Kasia Szulik. Rozmawiałyśmy o procesie powstawania książki, współpracy z korektorem i pomysłach na promocję.

Jak wygląda proces powstawania książki?

Jak wygląda proces powstawania książki? Co się dzieje z tekstem od momentu, gdy autor postawi ostatnią kropkę, do chwili, gdy gotowa publikacja trafi do rąk czytelnika? Proces wydawniczy to długa droga. Autorzy muszą rozważyć różne możliwości. Mogą podpisać umowę z wydawnictwem lub spróbować wydać swoją książkę samodzielnie. Oba rozwiązania mają wady i zalety.

Teraz modny jest self-publishing. Po spektakularnych sukcesach polskich autorów – Michała Szafrańskiego, Oli Budzyńskiej czy Grzegorza Skalmowskiego – coraz więcej osób decyduje się na ten sposób wydawania książki. Muszą jednak pamiętać, że książkę nie wystarczy napisać. Trzeba ją też wydać i sprzedać. Książka staje się w pewnym sensie projektem biznesowym. Autor musi być nie tylko dobrym pisarzem, lecz także biznesmenem. I tu czasem pojawia się problem, bo nie każdy ma głowę do promocji, dystrybucji, sprzedaży.

Czy self-publishing się opłaca?

Do rozmowy o procesie powstawania książki, współpracy z korektorem, pomysłach na promocję i o dzieciach zaprosiłam Kasię Szulik, podróżniczkę, twórczynię Akademii Melulu oraz autorkę serii książek o przygodach Meli Melulu.

Mam nadzieję, że jej doświadczenie będzie dla Ciebie inspiracją.

Posłuchaj, jak Kasia opowiada o swojej książce i o współpracy z korektorem:

Posłuchaj podcastu

Produkcja

Gość: Kasia Szulik
Montaż: Marcin Hinz
Transkrypcja i redakcja: Anna Smutkiewicz

O czym jest ten odcinek podcastu?

  1. Wywiad z Katarzyną Szulik, podróżniczką, autorką książki dla dzieci i twórczynią Akademii Melulu.
  2. Skąd pomysł na własną książkę? O czym ona jest?
  3. Jak samodzielnie zaplanować proces wydawniczy? Od czego zacząć? O czym powinien wiedzieć autor, zanim zabierze się za samodzielne wydawanie?
  4. Czy self-publishing się opłaca?
  5. Dlaczego zdecydowałaś się na współpracę z korektorką?
  6. Co było dla Ciebie ważne, gdy napisałaś do mnie pierwszą wiadomość?
  7. Czy redaktor zmienia styl autora?
  8. Czy Twoja córka angażuje się w proces wydawniczy?
  9. Kto wymyślił Akademię i co tam się będzie działo?

Linki do osób i firm wymienionych w tym odcinku podcastu

Strona Akademii Melulu
Kasia na Instagramie – przepiękne zdjęcia z podróży i z Akademii.
Kasia na Facebooku – miejsce pełne ciekawostek, smaczków.
Rozmowa z korektorką, czyli ze mną – oczywiście o pracy w tym zawodzie.
Szkoła Pisania dla Biznesu

Transkrypcja podcastu

Katarzyna Szulik: Cześć!

Dzięki, Patrycjo, za zaproszenie. Chętnie poopowiadam co nieco, o czym jest ta książka i skąd wziął się na nią pomysł. Czasem pomysły kotłują się w nas przez długie lata. We mnie pomysł na książkę kształtował się przez 8 lat – czekał na zmianę i porządnego kopa w wiadomo co. Dla mnie była to zmiana życia, a potem każdego jego aspektu, na bycie w drodze.

Już od ponad półtora roku ja, mój mąż i córeczka Mela jesteśmy w drodze. Wyruszyliśmy w podróż, co było moim wielkim marzeniem. Jechaliśmy tam, gdzie nas poniosło, mając trzy podręczne walizki i wiodąc proste życie. Za nami 85 tysięcy kilometrów i 21 krajów. Mieszkaliśmy na kilkunastu wyspach, w kilkudziesięciu miejscach. Żyliśmy wśród opowieści, legend, widoków, dziwów natury, zwierząt i dzieciaków z różnych zakątków świata. Po prostu uciekliśmy od smogu, zim i szaleńczego tempa życia. Postawiliśmy na prostotę, minimalizm oraz pracę zdalną w takim stopniu, by starczało nam na codzienne wydatki.

Zarówno moja pierwsza książka, jak i druga, która jest na troszkę odleglejszym etapie przygotowań*, powstawały przez cały czas naszej wyprawy dookoła świata: w samolotach, na promach, w pociągach, na placach zabaw, także nocami, gdy mała już spała. Wszędzie tam, gdzie był moment na pisanie.

Jak już powiedziałam, pomysł kiełkował we mnie od ponad 8 lat, od kiedy udało mi się dotrzeć na magiczną wyspę – Sri Lankę. Pamiętam, że po trzech tygodniach podróżowania i poznawania wyspy siedziałam na podłodze w drewnianej, rozsypującej się szopie. Na jej ścianach wisiały mieniące się wzorami materiały, mnóstwo materiałów. Otaczały mnie Lankijki, z którymi wybierałyśmy skrawki materiałów na narzutę na łóżko. Potem te roześmiane kobiety szyły moją narzutę na starych singerach podarowanych im przez lankijski rząd po katastrofie tsunami; opowiadały swoje historie, śmiały się i chichotały, a ja siedziałam w tym morzu materiałów.

Obiecałam sobie wtedy, że kiedyś tam wrócę, że wrócę na Sri Lankę z moim dzieckiem i opowiem mu wszystkie piękne historie miejsc, które odwiedziliśmy, poznaliśmy i które mnie tak bardzo, bardzo zauroczyły. Nie wiedziałam wtedy, że nie tylko uda mi się wrócić na tę wyspę, ale też zabrać Melę w tak wiele innych miejsc na ziemi.

Wszędzie, gdzie byliśmy, znajdowałam fantastyczne inspiracje do książki. Lwia Skała, Skrzecząca Plaża, Wyspa Nietoperzy, pola herbaty, gorąca rzeka, wyraki, alpaki, nosacze – to wszystko to tylko małe wycinki z naszej podróży. Opowiadałam oczywiście później te historie Meli. Kiedy zaczęłam się zagłębiać, wsłuchiwać, wpatrywać w różne miejsca na świecie, pomysły aż we mnie kipiały, po prostu się ze mnie wylewały.

Aż nadeszła taka noc, kiedy obudziłam się o drugiej – dokładnie po trzech miesiącach życia w drodze, w podróży, w trakcie wyprawy po świecie – usiadłam do laptopa i zaczęłam pisać. Do rana. Kolejnego dnia byłam nieprzytomna, ale szczęśliwa. Właśnie tak zaczęła się układać, składać i powstawać moja książka. Czasem miałam trzy tygodnie przerwy w pisaniu, czasem dwa, a czasem pisałam jak najęta. Książka powstawała przez cały czas trwania wyprawy.

A o czym ona jest? Jest o małej dziewczynce Meli Melulu i jej przyjaciołach: futrzastym i rozgadanym ośle Tutuju, wrażliwym i oczytanym świetliku Żużu i o Straszku. To są moi bohaterowie – każdy z nich na swój sposób barwny, każdy ze swoimi charakterystycznymi cechami. Stworzyłam bohaterów z krwi i kości, no i z futra też; takich nieidealnych, ze słabościami, ale z nieodpartym urokiem. No i właśnie o tego Straszka chodzi, bo okazuje się, że nasi bohaterowie wyruszają na wyprawę dookoła świata. Taki jest ich plan. A wyprawa dookoła świata to nie taka prosta sprawa – to niemałe wyzwanie. A nawet olbrzymie. Jak tu zostawić wszystko, co swojskie, i wyruszyć w nieznane. I w ogóle po co? Jak rozłożyć na łopatki Straszka, który skrada się za plecami i sprawia, że najlepiej byłoby zakryć oczy i drżeć, i nigdzie się nie ruszać, nie próbować wyjść poza to, co doskonale się zna.

Zanim Mela Melulu, Tutuji i Żużu gdziekolwiek wyruszą, muszą się nauczyć kilku rzeczy. Przede wszystkim o sobie. Muszą się przekonać, że są odważniejsi niż im się wydaje. Ważnym elementem tego wyruszania jest ich przyjaźń. Rodzi się ona w najmniej oczekiwanym miejscu i momencie. Nie chcę teraz zdradzać, jakie to będzie miejsce, ale myślę, że ten rozdział zaskoczy i dzieci, i rodziców. Ma on bardzo ważne przesłanie. Prędzej czy później każdy otwiera się na nowe wyzwania i spełnia swoje marzenia. Nawet jeżeli to wymaga wysiłku, czasu i pokonania obaw.

Książka ta jest o odwadze, ale też o strachu i o wyruszaniu w najpiękniejszą, daleką podróż. A że jest to książka dla dzieci, to są tam śmichy-chichy (to jest powiedzonko mojej mamy), rozbrajające dialogi, prztyczki i dużo, dużo czułości. No i właśnie o tym jest ta książka.

Akcja drugiej książki, jak możesz się domyślić, dzieje się na Sri Lance, kiedy bohaterowie już wyruszyli na wyprawę. Tam się dzieje mnóstwo. Jest przygodówka, misja, zadania i moc wartościowych informacji. Wszystko to na jednej wyspie. Nad pierwszą książką, o której więcej opowiadałam, pracuję teraz jako self-publisher.

P.B.: Jesteś self-publisherem. Wydajesz swoją książkę. Czy możesz powiedzieć mi, jak samodzielnie zaplanować proces wydawniczy. Od czego zacząć? O czym w ogóle powinien wiedzieć autor, zanim zabierze się za samodzielne wydawanie? Bo to nie jest proste. Dużo łatwiejszy jest sam proces pisania niż to, co dzieje się później.

K.S.: Co mogłabym powiedzieć? Że to jest cała masa pracy i tyle roboczogodzin, że można się złapać za głowę. Tak naprawdę napisanie książki, czyli coś, co zrobiłam i co sprawiło mi dużą frajdę, to mniej niż 50 procent czasu, który poświęciłam na cały projekt.

Jak ja to zaplanowałam? Chyba tego nie zaplanowałam. Ja po prostu czytałam, uczyłam się, doktoryzowałam. Działałam metodą prób i błędów, ale też bazując na doświadczeniach z pracy w działach komunikacji dużych międzynarodowych firm. To się wszystko nakładało: praca z grafikiem, z ilustratorką, skład i łamanie. Rozpisałam sobie etapy, które są niezbędne przy tworzeniu książki, w tym etap pod tytułem: znajdź dobrą korektorkę. Potem dzieliłam etapy na kroki: co muszę zrobić, z kim nawiązać współpracę, jak to działa.

Pierwszy etap to napisanie książki, potem redakcja i korekta. W międzyczasie szukałam ilustratorki, w której ilustracjach bym się zakochała. Zależało mi na konkretnym stylu. W moim przypadku doszła współpraca z rysowniczką, która skupia się na prostszych rysunkach, wyjaśniających trudne tematy. Później jest skład i łamanie tekstu, czyli praca z DTP-owcem lub grafikiem, który potrafi takie rzeczy robić. Po składzie następuje jeszcze jedna korekta językowa, a potem druk. Oprócz tego potrzebne były: uzyskanie numeru ISBN, mnóstwo ustaleń, rozmów i miliony wymienionych maili.

Wszystko po to, żeby efekt był taki, jak ja chcę. I w książce, i w Akademii Melulu, o której później opowiem, mówię po swojemu.

Sama muszę pilnować terminów. Sama układam sobie pracę, więc może w sumie nie jestem taka zła w planowaniu. Oczywiście jest jeszcze cały marketing, który odbywa się po wydaniu książki. Chociaż już w trakcie pisania są rozmowy z ludźmi, którzy obserwują mnie na Facebooku, Instagramie. Na tym polu dużo się musiałam uczyć, bo byłam negatywnie nastawiona do social mediów, ale… polubiłam je i teraz nawet sobie radzę.

P.B.: No właśnie. Można sobie poradzić, ale trzeba się zdyscyplinować. Te osoby zdyscyplinowane odnoszą sukcesy. Najbardziej popularny jest przykład Michała Szafrańskiego. Rozgrzewa on niektórych do czerwoności. Powiedz mi, czy self-publishing się opłaca? Czy ta forma jest lepsza niż tradycyjna współpraca z wydawnictwem?

K.S.: Patrycjo, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, dlatego że ja od razu wiedziałam, że wydam tę książkę jako self-publisher. Dla mnie ważniejsza była wolność tworzenia i zrobienia tego na takich zasadach, na jakich ja chcę, w terminach, które mi odpowiadają. Strasznie nie lubię presji – nie potrafię się zmobilizować, jeżeli ktoś na mnie wywiera presję. Znika wtedy cała wena i po prostu nic nie idzie.

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, co jest lepsze, a co gorsze także z tego względu, że nie współpracowałam z wydawnictwem. Opieram swoją opinię na różnych artykułach. Nie chciałabym więc oceniać i skreślać wydawnictw ani pisać poematów na cześć self-publishingu lub odwrotnie. Jest to coś, co robię pierwszy raz.

Nie jestem jednak totalnym laikiem, moje doświadczenie zawodowe pomaga mi w wielu, wielu kwestiach. Jak już wydam książkę, wtedy chętnie opowiem, czy self-publishing jest opłacalny. Podeszłam do tego projektu tak: skoro pomysł kotłował się w mojej głowie przez 8 lat, to zrobię to. Mam do tego zasoby, mogę zainwestować. A jest to duża inwestycja swoich pieniędzy i to na samym początku – grubo, grubo zanim wpadnie jakakolwiek kwota za pierwszą sprzedaną książkę. Trzeba mieć na uwadze, że może to być bardzo długi czas. Być może to minus self-publishingu. Nie wiem, jak będzie, ale na samym końcu wezmę Excel, wszystko to podliczę i na pewno nie pokażę swojemu mężowi (śmiech).

To jest mój wymarzony projekt. Ja go robię. Tam, gdzie widzę, że trzeba zainwestować więcej, bo się zwróci i jest to ważne, inwestuję więcej. Nie boję się wydać tych pieniędzy. Przede wszystkim wierzę w ten projekt. Wierzę, że praca, którą wykonałam, się spodoba. A jak się nie spodoba, to wyciągnę wnioski z tego, co zrobiłam.

P.B.: Warto więc próbować. Ta metoda self-publishingu jest o tyle wygodna, że można samemu kreować ten proces i marketing, i wszystkie te etapy zgodnie ze swoją wizją.

Zmieńmy trochę temat.

Żyjemy w czasach, gdy każdy coś pisze. Wysyłamy SMS-y, prowadzimy blogi, wydajemy czasopisma i książki. A tam, gdzie jest tekst, musi być redakcja. I oczywiście korekta. Większość autorów ma świadomość, że bez tego się nie obejdzie. Można to zrobić samodzielnie i są odważni, którzy się podejmują sprawdzenia swoich tekstów, ale na szczęście nie wszyscy. Mając w pamięci to, z jakim wysiłkiem wiązało się pisanie, większość autorów nie ma sił na poprawianie błędów. Jak sobie z tym poradzić? Najlepszym rozwiązaniem jest znalezienie korektora. Łatwo powiedzieć. I tu pojawia się moje kolejne pytanie. Dlaczego zdecydowałaś się na współpracę z korektorką?

K.S.: Było kilka powodów. Jestem po dziennikarstwie. Piszę dosyć sporo, od wielu lat odpowiadam za komunikację w dużych firmach, więc każdy, kto popatrzyłby na mój produkt, powiedziałby: „Po co ci korektorka czy redaktorka? To niepotrzebny wydatek”. Nie ma nic bardziej mylnego.

Po pierwsze, od wielu lat pisałam, ale po angielsku. Po drugie, studia dziennikarskie były już dawno temu. A po trzecie, pisanie książki to jest całkiem inny rodzaj pisania niż pisanie artykułów do gazety, newsletterów, postów i scenariuszy do nagrań wideo. Książka rządzi się swoimi prawami. Ja tego wcześniej nie robiłam, potrzebowałam więc głosu eksperta – kogoś, kto w kwestiach językowych wie więcej ode mnie; kto włada językiem lepiej niż ja; kto ma trzecie i czwarte oko, i widzi więcej niż ja.

Jestem bardzo wyczulona na szczegóły. Jestem wręcz niewolnikiem szczegółów i starania się, żeby coś dobrze wyglądało i było dobrze zrobione. Jeśli mi coś nie pasuje, to mnie to kole w oczy. Nie mogłabym patrzeć na moją wydaną i wydrukowaną książkę, w której jest byk, bo nie zauważyłam go w trakcie pisania czy kolejnego czytania.

Czułam, że skoro wychodzę z czymś do świata, do ludzi, czyli z moją książką dla dzieci, to tam nie może być literówek, powtórzeń czy błędów logicznych. Jak już coś robić, to robić to dobrze albo bardzo dobrze. Ja jestem self-publisherem, więc to ja odpowiadam za moje dzieło, a nie wydawnictwo. Uważam, że redakcja i korekta są to nieodzowne elementy wydawania książki. Także dlatego, że kiedy popatrzeć na koszty redakcji i korekty na tle całościowych kosztów wydawania książki, to to naprawdę jest bardzo mała kwota.

P.B.: Szczególnie porównując z kosztem druku…

K.S.: Tak, porównując z drukiem, porównując z ilustracjami. Jestem raczej słaba z liczb i procentów, nie chcę więc strzelać, ale jest to bardzo niski koszt. Natomiast wartość, jaka z tego płynie, jest ogromna. Nie zastanawiałam się nawet, czy ja to zrobię, czy nie. Ja wiedziałam, że to zrobię. To była tylko kwestia, z kim to zrobię.

P.B.: Co więc było dla Ciebie ważne, gdy napisałaś do mnie pierwszą wiadomość?

KS: Kompletnie już nie pamiętam, jak ja Cię znalazłam. Tak właśnie wygląda Internet – na coś się wpadnie, coś się zadzieje i ludzie po prostu się poznają. Pamiętam, że pobuszowałam sobie po Twojej stronie internetowej, zapisałam się na newsletter, poobserwowałam Cię i ujęła mnie spójność, dokładność i bezbłędność. Czytałam też, co do mnie piszesz.

Bardzo ważne dla mnie było Twoje doświadczenie i odwaga w prowadzeniu biznesu. Uwielbiam odważne kobiety, od których mogę się tej odwagi uczyć. Spodobało mi się, że uczysz inne dziewczyny, jak być korektorką lub jak się stać lepszą w tym zawodzie. To oczywiście nie było dla mnie, bo ja nie chciałam zostać korektorką, ale sam fakt, że uczysz innych, świadczył, że masz wiedzę i doświadczenie, którymi się możesz dzielić. Byłam już kupiona.

Co było ważne przy pierwszej wiadomości? Dosyć szeroko się wtedy rozpisałam o tym, czego oczekuję, o czym jest książka, czego mi brakuje, jakie są moje obawy. Jakbym pisała do psychologa. W odpowiedzi nie dostałam od Ciebie informacji, że tyle i tyle liczysz za arkusz wydawniczy, tyle za redakcję, a tyle za korektę. Poświęciłaś mi czas, dałaś się poznać, wymieniłaś ze mną kilka e-maili. Mam świadomość, że nie ja jedna do Ciebie pisałam, że byłam Twoją klientką. Zostałam jednak potraktowana indywidualnie, a nie jak jedna z wielu, i poczułam, że zaopiekujesz się mną i moim tekstem.

Bardzo sobie cenię relacje biznesowe, które nie są czysto biznesowe, ale jest w nich ziarno porozumienia i zrozumienia. Koniec końców chciałam wydać na świat swoje drugie, po Meli, dziecko – książkę. Miałam w sobie całe pokłady niepewności i potrzebowałam silnego ramienia (w kontekście tekstu), kogoś, kto mi wskaże, co jest nie do końca poprawne albo zwyczajnie może być lepsze.

P.B.: Jeżeli chodzi o współpracę z redaktorem, wielu autorów obawia się, że redaktor zbyt mocno zaingeruje w ich tekst, że naniesie za dużo zmian. W jednym z e-maili napisałaś mi, że moje poprawki to nie jest ingerencja w Twój styl, tylko w Twoją niepoprawność. Bardzo mi się to spodobało. Ucieszyłam się, że rozumiesz, na czym polega ten proces. Dobry redaktor dba o to, by styl autora podkreślić, wydobyć, by zadbać o jego spójność, by wszystko, co zgrzyta, zostało usunięte.

K.S.: Tak, właśnie. W trakcie korekty mój styl ani nie został zmieniony, ani nie musiałam z niego rezygnować. Chodzi o to zgrzytanie, o poprawność. Ja raczej nie mam problemu z ortografią. Byłam nawet w szkole mistrzem ortografii. O niczym to jednak nie świadczy, bo i tak w moim tekście coś było na przykład napisane rozłącznie, a miało być łącznie. Nie wspomnę już o interpunkcji i o brakujących lub niepotrzebnych przecinkach. Czasem się zdarzał skrót myślowy i tylko ktoś z boku, z dobrym okiem, był w stanie go wyłapać. Ja go nie widziałam po setnym czytaniu mojego tekstu. Dosłownie setnym. Poza tym gdy dostałam poprawiony tekst i nie rozumiałam, dlaczego została naniesiona jakaś zmiana (mówię o korekcie, czyli zmiana językowa), to dopytywałam. W ten sposób ja też się czegoś nauczyłam. Przy pisaniu drugiej książki pilnuję się, żeby już tego samego błędu nie zrobić. To jest supersprawa, żeby móc zobaczyć, co się samemu od lat źle robiło, jeżeli chodzi o poprawność językową.

Czy miałam obawy, że ktoś zaingeruje w mój styl? Na pewno jakieś miałam, bo nigdy nie korzystałam z usług redaktora ani korektora. Powiedziałam sobie jednak, że przecież nikt mnie nie zmusi, żebym wbrew sobie zmieniła tekst na taki, który zupełnie nie będzie przypominał mojego stylu. Ale nie było żadnej ingerencji w mój styl. Były logiczne uwagi i poprawki, które wcale, ale to wcale, nie naruszały mojego poczucia autonomii i wolności. Byłam tą samą piszącą Kasią, tylko z poczuciem, że wyeliminowałam niedoskonałości i że niektóre zdania po prostu lepiej się czyta. Faktycznie na niektórych zdaniach mocno się zafiksowałam. Wiedziałam, że niezbyt dobrze brzmią, ale zabrnęłam w ślepy zaułek i nie potrafiłam zrobić z nich zgrabnej parafrazy.

Ta współpraca opierała się na zasadzie: A może lepiej zabrzmiałoby to w taki sposób? Miałam wybór, czy iść za radą redakcji, czyli Twoją, czy zostawić bez modyfikacji. Bodajże tylko w dwóch przypadkach nie wprowadziłam zmiany (chodzi mi o redakcję, nie poprawność językową). Uważałam, że to jest moje i akurat w tym miejscu nie chciałam nic zmieniać, bo znałam kontekst.

Korektor to nie jest ktoś, kto stoi nad autorem czy pisarzem z batem. Śmieję się, bo ostatnio wymyśliłam, że jest to rycerz, który włada językiem polskim jak mieczem, a ja mogę skorzystać z jego supermocy, której po prostu nie mam. Tak to było ze stylem. Nie ma się czego obawiać. Korekta to nie jest żadne ingerowanie w styl. Powiedziałabym, że to jego poprawianie w wielu, wielu momentach.

P.B.: Praca nad książką jest pracą zbiorową. Wiele osób ma wpływ na ostateczny kształt książki. Pracujesz z ilustratorką, z grafikiem, infografikiem, ze składaczem. To nie jest tylko tekst. Książka będzie bogato ilustrowana. Ale jest jeszcze jedna osoba, która się w ten proces angażuje. Chodzi mi o Twoją córkę.

K.S.: Powiedziałabym, że Mela jest bardzo ważnym członkiem do spraw wydawania książek. Ona siedzi w tym po uszy. Kiedy zaczynałam pracę nad książką, była przed 5. rokiem życia. Teraz ma 6 lat. Przede wszystkim po każdym napisanym przeze mnie rozdziale była jego pierwszą recenzentką: słuchała, podpowiadała, mówiła, czego nie rozumie. Gdy wybuchała głośnym, zaraźliwym śmiechem, dopytywała i robiła oczy jak dwa złote, to wiedziałam, że idę w dobrym kierunku.

Mela wybrała między innymi imiona lankijskich dzieci, które pojawiają się w drugiej książce. Najpierw ja wyszukałam różne imiona, a ona wybrała spośród nich te, których brzmienie najbardziej jej się podobało. Mela ogląda każdą ilustrację, którą dostaję od ilustratorki. Kilka razy usłyszałam od niej takie uwagi (z punktu widzenia 6-latki), na jakie sama bym nie wpadła. Były bardzo logiczne i bardzo trafne. A ja chcę patrzeć na tę książkę oczami dziecka.

Ta książka jest z nami już od długiego czasu, a nie ma dnia, żebym nie pracowała nad jakimś jej aspektem czy nad całą Akademią Melulu. Nasz dom, gdziekolwiek on teraz jest, przesiąka tym tematem. Mela słyszy nasze rozmowy i wie, nad czym pracuję.

Czytałam jej każdy opis na stronie melamelulu.pl, bo tam też pojawiają się bohaterowie i ich historie, a ona odbiera je z punktu widzenia dzieciaków, które będą tę książkę czytać.

Kiedy przygotowywałam opis moich gości w Akademii Melulu i pisałam o Tobie, że władasz językiem polskim jak rycerz mieczem, Mela powiedziała: „Ale powiedz mi, o co chodzi”. To są takie smaczki, kiedy dziecko poznaje nowe rzeczy i toczy się rozmowa. Świetna sprawa!

Więc ona widzi takie elementy tworzenia tej książki.

Kiedy dostałam próbkę książki po składzie i wydrukowałam ją w czerni i bieli, to Mela skakała z radości. Nie spodziewała się, że jak się połączy treść, którą widziała tylko na laptopie (czytałam jej kolejne rozdziały z ekranu laptopa), z ilustracjami i z fajnymi czcionkami, i całość wytnie się w takim rozmiarze, w jakim będzie ta książka, to będzie taki świetny efekt. Zrobiło to na niej wrażenie! Była przeszczęśliwa, że książka w końcu nabiera kształtów.

Mela jest obecna przy każdym etapie procesu wydawniczego. Już nie wspominam o tym, że główna bohaterka nazywa się Mela Melulu i ma dużo, dużo z tej dziewczynki, którą ja mam na co dzień w domu.

P.B.: Wspominałaś kilka razy o Akademii Melulu. Myślę, że nadszedł czas, by zadać pytanie: „Kto wymyślił Akademię i co tam w ogóle będzie?”.

K.S.: Chciałabym odpowiedzieć, że agencja marketingowo-piarowsko-komunikacyjna, która przygotowała mi wszystko od A do Z, ale nie mogę. Akademię wymyśliłam ja. Po prostu wpadłam na taki pomysł.

Po pierwsze, długo nie mogliśmy wrócić do kraju, dalej nie możemy (pewnie się to niedługo zmieni) z powodu zamknięcia przestrzeni lotniczej. Prace nad książką się opóźniły, ale dzięki temu było więcej czasu i nie musieliśmy robić tego wydania na łapu-capu. Starałam się każdego dnia chociaż po trochu – między gotowaniem, zajmowaniem się Melką a pracą – pociągnąć swój projekt. Tak powstała Akademia Melulu.

Po drugie, miałam bardzo mocną grupę wsparcia: wspaniałe kobiety z kursu online w Szkole Pisania dla Biznesu Gochy Szoki. Myśmy tam dużo rozmawiały i zdałam sobie sprawę, że chcę stworzyć coś wspólnego z książką – taki pakunek przewiązany wstążką, a nie zwykły newsletter, w którym coś może akurat kogoś zainteresować. Jest to więc w opakowaniu Akademii Melulu.

W Akademii dzieciaki dostaną mnóstwo zabawy, historii, informacji i bonusów. Będziemy razem wybierać, dobierać i decydować, czyli dzieciaki (z rodzicami oczywiście) będą miały wpływ na to, jak będzie wyglądać ta książka. Zrobimy ją razem. I to właśnie jest pod szyldem Akademii Melulu.

Zdałam sobie też sprawę, że jestem debiutantką. To jest moja pierwsza książka, nie znajdziesz więc mojego nazwiska na okładkach innych publikacji. Nie chciałam jednak wyskoczyć jak filip z konopi i oświadczyć światu: „Hej, napisałam książkę!”. Dlatego potrzebna mi jest Akademia. To jest bezpłatny projekt. Oprócz tego, co zamierzam dać i dam dzieciakom, chcę stworzyć więź z bohaterami, dać się poznać mamom, tatom no i dzieciakom. Ja sama lubię takie zakulisowe historie, lubię znać tło. Stwierdziłam więc, że to nie będzie zwykła książka, że będzie ona właśnie z tłem i zakulisowymi historiami, którymi się podzielę.

P.B.: Kiedy rozpoczynają się zajęcia w Akademii? Jak można dołączyć? Czy jest limit wiekowy?

K.S.: Akademia ruszyła 15 czerwca 2020 roku, ale w każdym momencie można dołączyć. Jeśli chodzi o wiek, zakładam, że jest to przedział od 5 do 9 lat. Na pewno 5-latek będzie miał pełno radości z czytania (przez mamę). Jeśli natomiast w Akademii znajdzie się młodsze dziecko, na przykład 3-latek czy 4-latek, to też będzie miało mnóstwo, mnóstwo radości, ponieważ znajdą się tam przepiękne ilustracje. Na podstronach melamelulu.pl udostępnię różne historie o bohaterach i mnóstwo ilustracji z postaciami robiącymi wygibasy.

Także najbardziej skorzystają 5–8-latki, jako grupa docelowa, natomiast młodsze dzieciaki będą mieć mnóstwo radości z oglądania obrazków czy malowania kolorowanek z bohaterami.

Co więc będziemy robić w Akademii? Co otrzymają mama i tata, a przede wszystkim dziecko? Po pierwsze, będą mogli poznać wcześniej – jeszcze przed wydaniem książki i zanim będzie ona do kupienia online – Tutuja, Żużu, Melę i Straszka. Będą to świetne historie do poczytania o tym, co uwielbiają bohaterowie, skąd się wzięły ich imiona, jak powstawali.

Po drugie, wybierzemy wspólnie okładkę książki spośród kilku propozycji, które przygotuje ilustratorka. W końcu kto doradzi lepiej, jeśli nie dzieci i rodzice, co się bardziej podoba?

Poproszę też dzieciaki o pomoc w zdecydowaniu, który osioł Tutuji znajdzie się w książce. Mam z nim malutki kłopot dotyczący umaszczenia futra i chcę się dowiedzieć od dzieci, który osioł podoba im się bardziej.

Kolejna świetna rzecz to to, że w książce pojawią się trzy rysunki dzieciaków (ja nazywam je dzieciakami z gangu Melulu). Odbędzie się konkurs rysunkowy, po którym przeprowadzimy głosowanie, a potem – razem z ilustratorką i infograficzką – wybierzemy trzy rysunki, które ukażą się na wyklejce okładki książki, czyli rysunki te realnie znajdą się w wydrukowanej książce!

Opowiem także krok po kroku, jak się tworzy książkę i co jest potrzebne, żeby w ogóle powstała. A wszystko to zostanie przedstawione łatwym i obrazowym językiem. Dzieciaki dowiedzą się, co robią i jak pracują: ilustratorka, korektorka, redaktorka, infograficzka i grafik, który składa książkę. Będzie to kapsułka wiedzy – w postaci miniwywiadów z fajnymi zdjęciami – o tym, jak taka praca wygląda, podana w sposób łatwy i pobudzający wyobraźnię. Przy okazji będzie można czegoś się dowiedzieć.

Oprócz tego nagram fragment książki – przeczytam pierwszy rozdział; poproszę dzieciaki o wybór rysunków do pieczątek, które będę wbijać potem do książek; wybierzemy też zakładkę. Jednym słowem dzieciaki będą miały realny wpływ na to, jak ta książka będzie wyglądać. Dlatego opisuję Akademię hasłem: „Zróbmy razem prawdziwą książkę!”.

Poza tym w Akademii dzieciaki dostaną za darmo kolorowanki do wydrukowania oraz rozdział książki w PDF-ie – do przeczytania (to dla rodziców) i do obejrzenia ilustracji. Każdy, kto będzie zapisany do Akademii Melulu, dostanie 10 procent zniżki na zakup książki, a to chyba ważne dla portfeli rodziców. Kiedy zacznę przedsprzedaż, członkowie gangu Melulu pierwsi się o niej dowiedzą oraz otrzymają zniżkę na zakup.

Jest to więc połączenie zaangażowania dzieciaków z tym, żeby już dać im się poznać, a także móc coś podarować im od siebie. Uważam, że jeśli chce się do siebie przyciągnąć czytelników lub dać się poznać, to trzeba coś więcej od siebie dać. Nie tylko napisanie książki. To jest moja teoria i tego się będę trzymać. Chcę po prostu podzielić się tym, w czym Mela mogła brać udział.

P.B.: Wiemy już, jak wygląda proces wydawniczy. Wiemy dużo o Twojej książce i o Akademii.

Bardzo Ci dziękuję za to, że przyjęłaś moje zaproszenie i podzieliłaś się swoim doświadczeniem wydawania książki. Za piękne historie, za entuzjazm w opowiadaniu o procesie wydawniczym i współpracy z korektorem.

Mam nadzieję, że dzięki temu autorom będzie łatwiej przejść przez ten proces, że Twoja historia będzie dla nich inspiracją. Pokazujesz, że książka może być produktem ładnie opakowanym, że jeśli chce się do siebie przyciągnąć czytelników lub dać się poznać, to trzeba coś więcej od siebie dać.

Życzę Ci, by dzieciaki zakochały się w Twojej książce. By nie była tylko produktem, by stała się dla nich fantastyczną przygodą!

K.S.: Dzięki, Patrycjo, że mogłam się tu pojawić. Zdradzę Ci taką rzecz: to jest mój pierwszy podcast w życiu. Ja przy tej książce robię mnóstwo rzeczy pierwszy raz. To jest właśnie wolność tworzenia i uczenia się. Przekraczam progi, wychodzę poza to, co dobrze znam. Robię dokładnie to, co moi bohaterowie. Oni też wychodzą poza to, co dobrze znają.

Bardzo się cieszę, że mogłam wziąć udział w tej rozmowie. Dla mnie była to fajna rozmowa na luzie. Oczywiście zapraszam dzieciaki do Akademii Melulu. Do zobaczenia!

* W 2021 roku ukazała się kolejna część książki: Dzień dobry, Sri Lanko! Mela Melulu w olśniewającym kraju.
* Kasia Szulik w magazynie Mint.

Patrycja Bukowska